Giercownia
Dzisiaj o grze, której, jak sądzę, nikomu nie trzeba przedstawiać; BioShock Infinite.
Jest to trzecia część serii autorstwa Kena Levine pod wodzą studia Irrational Games. Podczas gdy poprzednie dwie gry miały miejsce w gęstym od mrocznego klimatu podwodnym mieście Rapture, w Infinite twórcy przenoszą akcję do Columbii, miasta w chmurach lśniącego wszystkim, co amerykańskie, z wolnością na czele. W grze wcielamy się w postać Bookera DeWitta, hazardzisty, który aby spłacić swój dług musi wyzwolić z miasta młodą Elizabeth, więzioną tam przez jej ojca, proroka tamtejszej religii;
Jednym z elementów, na które szczególnie należy zwrócić uwagę jest styl rozgrywki, który w przeciwieństwie do poprzednich BioShocków rezygnuje z elementów horroru przechodząc w pełnoprawny FPS. Nie ma się co oszukiwać, trup ściele się gęsto i można śmiało powiedzieć, że momentami prowadzimy tu regularną bitwę. Nie jest to jednak w żadnym wypadku wada gry; strzelanie daje naprawdę dużo frajdy, a dzięki szerokiemu zasobowi broni oraz Elizabeth, która w momentach próby chętnie podrzuca nam amunicję, walka się nie nudzi.
O oprawie graficznej i muzycznej nie będę się specjalnie rozpisywać, powiem tylko, że nie mam im absolutnie nic do zarzucenia.
BioShock Infinite zdecydowanie należy zaliczyć do gier, w których pierwsze skrzypce gra fabuła, niestety nie mogę się jednak o niej rozpisać, ponieważ na pewno zepsułbym w ten sposób zabawę wszystkim, którzy gry jeszcze nie przeszli, odniosę się zatem do niej tak, jak do grafiki i dźwięku; bez zarzutu.
Serdecznie polecam grę zarówno tym, którzy potrafią docenić dobrze opowiedzianą historię, jak i tym, którzy po prostu lubią sobie dziko postrzelać w pięknej scenerii :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz